Na rybałkę i przygody w Zabajkale – Barguzin i Turokcza


Już dawno stwierdziliśmy, ze ryb w Polsce praktycznie nie ma, a tych, które jeszcze można złowić, po prostu szkoda. Nie ma się co oszukiwać: metoda no kill, pomijając jej wątpliwą skuteczność (zagrożenie dla zdrowia wypuszczanej ryby jest dosyć duże), daleko odbiega od atawistycznych łowieckich wzorców współczesnego wędkarstwa. Dlatego od ponad dziesięciu lat odwiedzamy miejsca na świecie, gdzie wędkarstwo odbywa się na łowiskach nie tylko z nazwy. Początkowo była to Szwecja, Alandy, Norwegia. Od czasu do czasu rzuca nas jednak w tereny bardziej pierwotne. A – mimo, że zwiedziłem kawał świata, największą dzikość i egzotykę dostrzegam na wschodzie, konkretnie w Federacji Rosyjskiej. Tam nawet w centrach wielkich miast natknięcie się na ludożercę nie stanowi zaskoczenia. A im dalej od metropolii, tym cywilizacja i kultura wznoszą się na wyższy poziom.

We wrześniu wyruszyliśmy do Buriacji. To zabajkalska Republika Autonomiczna, wchodząca w skład Federacji, ze stolicą w Ułan Ude. Pierwszego września wsiadamy na pokład samolotu Aerofłotu na Okęciu i już po dwóch godzinach jesteśmy na płycie Szeremietewa 1. Kolejne dwie godziny i siedzimy w Airbusie do Irkucka, a po godzinie od opuszczenia lotniska w Irkucku - pociąg Kolei Transsyberyjskiej „ROSSIJA” wiezie nas do Ułan Ude. Południowy brzeg Bajkału w deszczu, ale wrażenie i tak jest ogromne: woda z lewej strony, góry z prawej – pokryte morzem jesiennej zieleni, żółci, szpilek i liści. O ósmej rano czasu polskiego (14.00 według zegarków Pribajkala) – po 20 godzinach podróży jesteśmy w hotelu Barguzin w Ułan Ude. Prysznic, jakiś obiad (całkiem porządny, jak na nasze wyobrażenia), piesze zwiedzanie centrum Wierchnieudińska (stara – rusycystyczna nazwa Ułan Ude). Koniecznie trzeba zobaczyć pomnik Lenina – kuriozalnie dużą głowę tego delikwenta. Wszyscy ją wspominają, ale jako pomysł urbanistyczny – robi wrażenie. Podobnie niespotykana i dziwaczna jest architektura chińska, czy buddyjska i ruch uliczny – prawostronny – w wykonaniu pojazdów z kierownicami również po prawej stronie. Widać, że japoński śmietnik motoryzacyjny jest właśnie tu. W końcu to tylko 4 500 km od Władywostoku.

Potem Stacho i Darek idą poleżeć w hotelu, a ja z Witkiem dalej wędrujemy po mniej eksponowanych częściach buriackiej stolicy:

I uwaga: W Ułan Ude jest sklep wędkarsko – myśliwski, w którym za całkiem przyzwoite pieniądze można kupić wszystko co tylko może przydać się na łowisku – syberyjskim łowisku !

Trzeciego września o ósmej rano już siedzimy w marszrutce do Barguzina. Jeszcze tylko trzysta pięćdziesiąt kilometrów po wertepach, których w Polsce nie uświadczysz, wymiana koła, przekąska w przydrożnym barze (menu jadalne i bajecznie tanie) i wysiadamy w Gościnnym Domu Witalija – naszego przewodnika, kucharza, bajarza, zielarza i w ogóle – dobrej duszy na odludziu. Bania, kolacja, nocleg w domu podobnym do naszej agroturystyki, ale na bardzo porządnym poziomie i o ósmej rano 04. 09. wsiadamy do dwóch UAZ-ów, z których jeden jest półciężarówką pełną jakichś urządzeń, prowiantu, plandek, materaców i innych rzeczy o przeznaczeniu trudno przewidywalnym. Jedziemy kolejnymi wertepami przez Dolinę Barguzińską jakieś 90 – 100 km. Po drodze dodatkowe zaprowiantowanie w wódkę marki Wirgin – buriacką z certyfikatem i gwarancją Witalija o jej nieprawdopodobnie leczniczych walorach w odróżnieniu od ruskiego dziadostwa. Po drodze setki, a może i tysiące rzeczek, bagien, łąk, jeziorek słodkich, ale i słonych. Mijamy wioski buriackie i tatarskie. Dolina to niesamowite dno dawnego jeziora pomiędzy pasmami górskimi oddalonymi od siebie o kilkadziesiąt kilometrów, długie na ponad sto km. Jezioro popłynęło do Bajkału, gdy pękł górotwór pomiędzy nimi. Tak powstał przełom rzeki Barguzin. Zatrzymujemy się wyłącznie z przyczyn kultowych: Sanktuarium siedzącego byka, Kapliczka na przełęczy za Doliną

i gastronomicznych: pieriekuska wewnątrz kapliczki obok buriackich darów ofiarnych

lub technicznych: Tankowanie naszych rumaków, Pożar instalacji elektrycznej, odtworzonej w polowych warunkach od podstaw tym co znaleziono w skrzynce serwisowej UAZa.

Za Doliną rozpoczyna się tajga. Jedziemy z reguły dnem strumienia lub jakimiś ostępami, po których w Polsce żaden przewodnik nie poprowadziłby nawet przełaju rowerowego. Po wjechaniu na tereny bagienne przez kilka godzin zajmujemy się głównie wyciąganiem z torfowiska samochodów, tkwiących w nim po osie. Metody są różne: na wagę, zrobioną z pnia modrzewia, przez podkładanie klocków, wałków i gałęzi – właśnie najlepsze są modrzewiowe, liną holowniczą długą na 20 m, albo wycinając drogę równoległą (pod piły poszło kilka hektarów tajgi. Pod wieczór jesteśmy na miejscu. Nasz apartament robi wrażenie raczej szokujące: szałas solidny, ale niesłychanie przaśny, chyba chodzi głównie o to, żeby nas niedźwiedzie w nocy nie skonsumowały ?

A rzeka była tuż, tuż – jakieś czterysta metrów od rezydencji. Jeszcze bliżej mruczał mały ruczaj, z którego mamy wodę. Wieczór i zapadające ciemności zmusiły nas jednak do odłożenia wizyty nad Turokczą na jutro. Na razie ognisko, micha, flaszka i lulu. Pierwszy raz w życiu spałem w siedmioosobowym łóżku i to wyłącznie w męskim towarzystwie.

Przyszedł ranek. Na dworze jakieś minus trzy Celsjusze, ale słońce jak marzenie. Żadnego kaca ani śladu. Faktycznie buriacka Wirgina to chyba medykament, a nie żadna berbelucha. No to śniadanko: kilka plastrów słoniny, talarków cebuli, małych – syberyjskich pomidorków. Jakiś czaj z bliżej nie znanej trawy (to po rusku zioło).

I zaczęło się wędkarstwo. Śniadanie, ubiór, sprzęt i w drogę. Ale kamienie ! – nie przypuszczałem, że przez kilka dni będę maszerował prawie wyłącznie z jednego otoczaka na drugi. I ten nurt ! Nie ma mowy o wchodzeniu we fragmenty dalsze od brzegu. I katowanie wody – na razie trochę na ślepo – aby zbadać co, na co, w jakich miejscach, jaką techniką. Itp., itd. Już wiem, że moje wodery są za małe jak na potrzebę całodziennego chodzenia, że podbierak na ryby nie ma sensu, bo tylko plącze się w najmniej użyteczny sposób, a podbieranie ręką jest bezkonkurencyjne. Ale nie wiemy gdzie są te niesłychane ryby ? Takie fantastyczne miejsca i nic, kompletna posucha. W końcu znajdujemy jakąś płań po przelewie i wybieramy z niej kilka sztuk. Dopiero po trzech dniach odkrywamy w górze rzeki olbrzymie eldorado, działające na zasadzie: rzut = branie. A zatem nie jest prawdą opinia, ze w syberyjskich rzekach wystarczy wsadzić rękę do wody, żeby ryba chwyciła za palec. Jak się już jednak człowiek rozpatrzył - co i jak – radości jest bez liku:

Generalnie poszliśmy w dwu kierunkach – spinning z obrotówką nr 3 z dużą ilością złotego i możliwie szerokim skrzydełkiem i muchówka ze sporym mudlerem koniecznie z jakimiś fragmentami w czerwieni. Inne przynęty, a nasłuchaliśmy się rozmaitych sensacji zarówno w Polsce, jak i tu na miejscu od naszych przewodników, zupełnie nie zainteresowały ani lenoków, ani hariusów. Hariusy szły głównie na mudlera, lenoki gustowały przeważnie w obrotówkach, chociaż złowiłem kilka na muchę. Głównym problemem spinningistów były oczywiście zaczepy i mnóstwo strat na kamieniach. Mucha sprawdzała się tylko w sytuacji, gdy udało się ją podać w środek nurtu, co nie było łatwe z uwagi na szeroki ciąg wody. Dużo lepiej było po podaniu muchy spinningiem z kulą wodną. Próby dotarcia do dobrych miejsc do obsłużenia muchówką kończyły się walką o życie z nurtem i gigantycznymi głazami pod nogami. Generalnie jednak lenoki dochodzące do 60 cm i Hariusy w okolicach 35 cm robią wrażenie, że hej!

Opowieści o tajmieniach na Turokczy we wrześniu należy włożyć między miłe uchu bajki. Niski poziom wody, ekspresowy uciąg, ostre słońce to warunki zupełnie nie dla tej królewny. Trzeba będzie powtórzyć wyprawę w jakieś niższe biegi rzek Syberii. Tam gdzie trafiliśmy dookoła widać było nasze Bieszczady tyle, że kilkusetkrotnej wielkości. Żadnych ludzi, praktycznie nawet ludzkich śladów – jak okiem sięgnąć. Wszędzie wzgórza niczym Bukowe Berdo i doliny pełne ziół (smorodina – taka niby czarna porzeczka – liście świetne na herbatę, czebrec – nie wiem jak to idzie po polsku (macierzanka ?) – może ktoś podpowie ?, biełaja połynia ?), grzybów, że szok, modrzewii, limb syberyjskich (kiedr), brzóz, i czego sobie tylko biedny zesłaniec zażyczy.  Witalij dawał popisy kuchmistrzostwa na ognisku: lenoki na wszelkie sposoby, trzy rodzaje Czaja do wyboru, zielenina do wędlin pełnej świeżości i aromatu. I popitka – w odpowiednim standardzie i ilości.

Fauna też bogata nie tylko w wodzie, chociaż największe bydlę, któremu mogliśmy się przyjrzeć to burunduk: taki wiewiór długości palca podłużnie prążkowany z ogonem długości drugiego palca. Większa zwierzyna nie jest taka głupia, żeby wdzięczyć się przed osobnikami wyposażonymi w sztucery. Słychać było wilki, niedźwiedzie, widzieliśmy i wilcze tropy, i jelenie, i łosie.

Czas wracać. Osiem dni minęło w warunkach pierwotnego piękna, w miejscach, gdzie nie ma elektryczności, ludzie wyznają panteizm i szamanizm, zaś Bogu najbardziej odpowiada ofiara z kieliszka wódki, papierosów i urwanego skrawka z koszuli. Nawet abstynent (trochę Starszyna, a trochę ichni szaman) w samochodzie ma pół litra wyłącznie na ofiary składane w przydrożnych kapliczkach.

A w powrotnej drodze do Ułan Ude również pięknie. Po przymrozkach tajga nabrała kolorów, niczym paleta szalonego kolorysty, mijamy autentyczną halę z buriackimi sianokosami, pojawiły się góry, których z powodu deszczu nie widzieliśmy jadąc tędy w przeciwną stronę. Spotykamy w samo południe olbrzymiego puchacza, przepiękne psy ras syberyjskich, wałęsające się zupełnie bezpańsko, czaple nad ujściem Barguzinu do Bajkału, jakieś ptaszki pachoże na zimorodka. I pokonujemy znowu ponad trzysta kilometrów zabajkalskiej magistrali, tym razem z Barguzinu wzdłuż Bajkału, przez Turkę do Ułan Ude. A z Ułan Ude passażyrskim poezdom relacji Nauszki – Irkuck właśnie do Irkucka. Zwiedzanie tej syberyjskiej metropolii, moim zdaniem - mocno przereklamowanej. I znowu samoloty z Irkucka do Moskwy. Po drodze przelot nad Permem, gdzie przed chwilą spadł jakiś Boening. I z Moskwy do Warszawy – Embrayerem LOT-u. Porozmawiać z polską stewardessą - co za radość !

No i myśl, że gdyby Pan Bóg, czy ślepy los naznaczył kiedy człowiekowi zsyłkę – to koniecznie gdzieś w rejon Barguzina. Tam mieszkają Witalij, Starszyna – Aleksander Biełkow, i Nikołaj – ochotnik. I są Góry Barguzińskie i jest Dolina Barguzińska, i jest Święty Nos na Bajkale. A umiejętność liczenia polega na liczeniu na siebie.




Podoba Ci się ten artykuł? Przekaż go innym:
Facebook Twitter Google Digg Reddit LinkedIn Pinterest StumbleUpon Email


Napisz do nas

1 + 4 =
Wyślij