W Krainie Wielkich Krasnali


Wrześniowy wypad na fińskie jezioro Lepistonselka koło Sulkavy, w kończącym się 2014 roku, okazał się nagłą i nieoczekiwaną translokacją do Krainy Wielkich Krasnali. Już sam domek - w środku lasu, nad brzegiem zatoki, tuż obok całkowicie omszałego kamienia wielkości sporej stodoły - jawił się tajemniczo, wręcz mistycznie. Piętrowy, ze ścianą w saloniku od strony wody całkowicie przeszkloną, z widokiem jak z kinowej baśni, spływającej z panoramicznego ekranu. Z kominkiem z surowej cegły, świetnie rozgrzewającym całość pomieszczeń. A jeszcze z sauną, wciśniętą gdzieś w niszę zakominkową, z której należało wybiec wśród ciemności, na golasa, wprost do jeziornej toni, z wieczora mrocznej jak jaskinia tajemniczej wiedźmy, pobłyskującej tylko dziwnymi, czerwonymi blaskami niewiadomego pochodzenia. 

 Powrót z ryb

Zaś w oddali - zdarzało się - przepływał jakiś ogromny węglowiec o, zasłaniających gwiazdy, burtach barwy naprzemiennie czarnej i kremowej. Dotychczas widywałem takie tylko na pełnym morzu ! Ten wyłaniał się światłem dziobowym gdzieś zza wyspy na południowym zachodzie i sunął wskroś jeziora na wschód, by – błyskając od rufy - zniknąć w jakiejś zakamuflowanej cieśninie. Po kilku dniach, już w szarówce jesiennego dnia, powracał równie nagle, cicho i zjawiskowo, jak jakiś megalityczny ptak brodzący wśród jeziorowych mgieł i oparów, po rwanej wiatrem fali - ku zachodowi i południu - by tym razem ukryć się za wyspą. I pozostawić pytanie - jawa to była, czy sen, mara ?

 Dziwność jesiora

A tymczasem droga dojazdowa do domku porosła grzybami, dorodnymi i szlachetnymi, że hej ! I borowikami, i rydzami, że o maślakach tylko wspomnę. A jeszcze i kilkoma czerwonymi koźlakami, z kapeluszami (chyba) przywłaszczonymi od młodego narybku krasnalowych latorośli. Tylko oglądać z nieufnością, jak senne widzenia i pytać się siebie (bo kogóż by innego ?) o sprawcę tego wysypu.

A na jeziorze fale coraz ostrzejsze od prawie już zimowego wiatru, pomiatającego też z rana wrześniowym śniegiem, a później chmurami pary wyłaniającej się wprost z toni - niczym odwrócone cumulonimbusy. Pływanie w takich okolicznościach ze spiningiem w ręku graniczyło z szaleństwem. I chyba nim było, bo ryb ani widu, ani słychu, przyjemności i sielanki żadnej za grosz. Ale za to wody za kołnierzem - i nie tylko tam - w bród ! I braku czucia w sztywniejących z zimna dłoniach też całe mnóstwo !

 Powrót z ryb

Człowieka ani śladu. Za to jakiś rudy lisek za chatką w pościgu za nie wiadomo czym, kruki czarne i chrapliwe nad głowami, jak jakieś memento, klucze setek gęsi, przelatujących gdzieś od strony słońca bokiem - do wiatru i do jeziora. A gęgających tak donośnie jakby je właśnie spłoszył nagły ruch wśród drzew. Może to reakcja na jakiegoś krasnala z Kingsajzu, obserwującego nas zza skalistej górki ? Bo akurat stamtąd ciągle dochodziło jakieś uporczywe trzeszczenie i szelesty, a może i szepty w nieznanym języku...

Piękna i niesłychana ta Finlandia jesienią ! Spokojna i niepokojąca, jasna i mroczna naraz, rozmoczona i chmurna, a jednak otrząśnięta z wody i gotowa na zamarznięcie i zaśnieżenie aż po dach. Pagórkowata i skalista, ale i płaska aż po widnokrąg linią jeziornych wód, zlewających się z niebem prawie jak na morzu. Warto do niej zaglądać wprost ze zgiełku naszej polskiej skondensowanej mnogości ludzi i zdarzeń. I napełniać się - ciszą, dystansem, monochromatycznym półcieniem.

Wielkie Krasnale ! Pozdrawiam Was i przywołuję na pamięć ze środka wigilijnego wieczoru. Za siebie, za Witka. I za Pawła, którzyśmy odwiedzili Waszą krainę i nią się oczarowali.

Trzej




Podoba Ci się ten artykuł? Przekaż go innym:
Facebook Twitter Google Digg Reddit LinkedIn Pinterest StumbleUpon Email


Napisz do nas

2 + 3 =
Wyślij